Mariusz Giżyński: Przyszłość biegów długich nie maluje się w czarnych barwach

Mariusz Giżyński z czasem 2:16:02 zajął 13. miejsce w maratonie na Mistrzostwach Europy w Berlinie. Tym samym był najwyżej sklasyfikowanym biegaczem spośród wszystkich 6 polskich maratończyków, którzy 12 sierpnia pobiegli w stolicy Niemiec. Z urodzonym w Płocku zawodnikiem rozmawiamy o przygotowaniach do startu w Berlinie, przebiegu maratonu oraz o perspektywach, jakie rysują się przed polskimi biegami długimi.

Piąta drużyna w maratonie na Mistrzostwach Europy w Berlinie. Jak oceniasz ten wynik? Były apetyty na więcej?

Oczywiście. Przed startem w Berlinie wszyscy liczyliśmy na lepsze wyniki, ale mieliśmy też świadomość, że o dobre czasy, czy zwycięstwo z drużynami, które mają znacznie większe tradycje i doświadczenie w przygotowaniach do imprez mistrzowskich, będzie ciężko. O ile wielu z nas ma, określmy to, swoje systemy przygotowań do maratonów jesiennych, czy wiosennych, które są rozgrywane w temperaturach rzędu 5-15 stopni Celsjusza, tak w cieple nie każdy zwyczajnie umie/lubi biegać, czy wie, jak się do tego optymalnie przygotować. Bardzo chcieliśmy uzyskać dobry wynik na tych mistrzostwach. Nie tylko dla siebie. Walczyliśmy o medal w klasyfikacji drużynowej również po to, aby pokazać Polskiemu Związkowi Lekkiej Atletyki, że warto inwestować w biegi długie, że medal na takiej imprezie jak Mistrzostwa Starego Kontynentu jest w naszym zasięgu, że będzie to pierwszy krok do wypracowania systemu przygotowań do startu w imprezach mistrzowskich, które rozgrywane są w wysokich temperaturach. Mimo, że wyszło poniżej oczekiwań wszystkich, jest to 5-te miejsce – najlepsze od przynajmniej 20-stu lat.

Mariusz Giżyński
fot. Running Creatives/Aleksandra Szmigiel
Jednak medalu w drużynie ani tym bardziej indywidualnie nie udało się wywalczyć.

Ostatecznie do brązowego medalu w drużynie zabrakło nam nieco ponad 3 minuty. Chciałbym jednak zwrócić uwagę, że gdyby Yared Shegumo nie odniósł kontuzji biodra i dobiegł do mety w czasie, który był w jego zasięgu (ok. 2:15.30), prawdopodobnie dzisiaj rozmawialibyśmy w innej atmosferze. Poza tym warto podkreślić, że nikt z PZLA przed startem nie wywierał na nas presji, nikt nie naciskał na medal przed startem. Wiadomo było wszystkim, którzy znają zaangażowanie i doświadczenia krajów takich jak Włochy, Francja czy Hiszpania, że nikt łatwo skóry nie sprzeda… Tym bardziej, że po raz pierwszy medal drużynowy liczył się do klasyfikacji całych mistrzostw, a więc jego wartość wzrosła niepomiernie. Dyrektor sportowy poprosił nas o pełne zaangażowanie, o walkę, pracę zespołową. Myślę, że jego prośbę zrealizowaliśmy z nawiązką. Każdy z nas walczył do końca, o jak najlepszy wynik. Ktoś powie, piąte miejsce to słaba lokata, ale jednak udało nam się pobiec szybciej niż gospodarze Niemcy, Francuzi czy Ukraińcy. Przegraliśmy z czterema drużynami, a pokonaliśmy siedem. Za nami uplasowały się reprezentacje kilku krajów, gdzie bieganie długodystansowe ma bogatą tradycję, a rynki biegowe są znacznie lepiej rozwinięte od naszego.

Jak wyglądały Wasze przygotowania do startu w Berlinie?

Myślę, że należy docenić PZLA za decyzje podjęte przed mistrzostwami. Po pierwsze pojechaliśmy na imprezę w grupie 6 zawodników, a przecież wiadomo, że nie każdy z nas uzyskał minimum kwalifikacyjne. Po drugie: pięciu z nas (Giżyński, Szost, Gardzielewski, Kozłowski, Brzeziński – przyp. red) otrzymało wsparcie PZLA w postaci 2 obozów treningowych, które w czerwcu i lipcu odbyły się w Szklarskiej Porębie. Poza mną, chłopaki mieli też dopłatę do zimowego szkolenia. Podczas 2 ostatnich obozów mieliśmy do dyspozycji trenera, fizjoterapeutę, na jednym z obozów pojawił się nawet lekarz (Yared Shegumo przygotowywał się samodzielnie w Etiopii). Potrafię to docenić, bo po Mistrzostwach Europy w Barcelonie, które odbyły się w 2010 roku, gdzie wywalczyłem 12-ste miejsce, przez ostatnie 8 lat byłem w sumie na 4 obozach, nie licząc 2 ostatnich w czerwcu i lipcu. Oczywiście to wsparcie, które teraz otrzymaliśmy to nie było nic wielkiego, nie było więcej środków np. na obozy poza Polską. Nie trenowaliśmy również w St. Moritz jak np. biegacze startujący na średnich dystansach. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę z tego, że drogę do większych nakładów na biegi długodystansowe otworzyć może medal na mistrzostwach. Myślę, że większość osób krytykujących nasze wyniki w Berlinie nie zdaje sobie sprawy z tego, że wsparcie PZLA mimo wszystko było niewielkie. Nikt z nas jednak nie ma zamiaru się na to uskarżać, cieszymy się, że dokonał się pewien przełom. W tych warunkach jakie były, każdy starał się przygotować najlepiej, jak tylko potrafił.

No właśnie, po mistrzostwach pojawiło się sporo krytycznych głosów na temat indywidualnych wyników, jakie uzyskaliście. Nie brakuje opinii, że pobiegliście poniżej swoich możliwości.

Tu mogę odpowiadać tylko za siebie, ale chciałbym podkreślić, że do Mistrzostw Europy wszyscy przygotowywaliśmy się z dużym zaangażowaniem. Mieliśmy poczucie szansy, która przed nami stała. Spodziewaliśmy się startu w wysokich temperaturach, dlatego wiele jednostek treningowych wykonywaliśmy w upałach, próbowaliśmy oswoić się z takimi warunkami. Ja jako jedyny z naszej grupy przez ostatnie 10 dni przebywałem w podobnym klimacie do tego, który w sierpniu panował w Berlinie, co uważam za główną przyczynę mojego ciut lepszego występu. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że każdy ma trochę inną tolerancję na wysokie temperatury, z naszej grupy ja poradziłem sobie w cieple najlepiej. Oczywiście nie oznacza to wcale, że był to dla mnie łatwy bieg. Ostatnie kilometry bardzo cierpiałem, a tempo biegu spadło z 3:10-3:14 min/km do około 3:25 min/km. W końcówce straciłem około minutę, co kosztowało mnie miejsce w pierwszej dziesiątce mistrzostw. Jeszcze do 38 kilometra biegłem na 11. pozycji, jednak rosnąca temperatura nie pozwoliła mi utrzymać tempa. Z perspektywy czasu wiem, że mogłem ten bieg lepiej rozegrać pod względem taktycznym. Oceniam, że gdybym zaczął 2-3 sekundy na kilometrze wolniej, to udałoby mi się urwać z mojego wyniku nawet minutę. Do medalu w drużynie wciąż brakowałoby 2 minut, ale dla mnie oznaczałoby to miejsce w pierwszej dziesiątce imprezy. Chciałbym zwrócić uwagę, że z wymagającymi warunkami w Berlinie przegrało wielu doświadczonych biegaczy, wśród nich m.in. rekordzista Europy w maratonie Norweg Moen Nordstad oraz 11-sty w Rio de Janeiro Holender Abdi Nageeye.

Mariusz Giżyński
fot. Running Creatives/Aleksandra Szmigiel
Wynik Artura Kozłowskiego (2:26:18 – przyp. red) niektórzy oceniają jako czas na poziomie maratonu kobiet.

Aby móc obiektywnie ocenić jego występ, trzeba jeszcze sprawdzić, jak wyglądały poszczególne międzyczasy. Artur zaczął bieg mocno, liczył, że wytrzyma tempo i pomoże drużynie, ale jak widać rosnąca temperatura i zmęczenie zrobiły swoje. W ogóle porównywanie wyników mężczyzn podczas maratonu do osiągnięć kobiet jest pozbawione sensu, bo one ruszyły na trasę 55 minut przed nami. Oznacza to, że ominął je największy upał. Gdy my walczyliśmy na ostatnich kilometrach, kobiety były już na mecie. Potwierdzają to nie tylko zawodnicy, ale również kibice przebywający tego dnia tak licznie przy trasie, za co serdecznie dziękuję, że nie oszczędzaliście gardeł – to bardzo pomagało!

Krytycy zwracają uwagę, że wielu zawodników z pierwszej dziesiątki w Berlinie ustanowiło nowe rekordy życiowe.

No tak, ale czy ktoś zadał sobie trud, aby sprawdzić, jakimi rekordami legitymowali się ci biegacze przed mistrzostwami? Wielu z nich nie miało szczególnie wyśrubowanych wyników na dystansie maratonu, a duże możliwości biegowe. Oczywiście nowe rekordy życiowe padły, ale taka informacja jest niekompletna bez analizy sylwetek tych biegaczy. Poza tym wyłączając Belga Koena Naerta, który wygrał bieg i zapowiada się na bardzo ciekawego zawodnika, to pozostałymi biegaczami w pierwszej dziesiątce byli Hiszpanie oraz naturalizowani zawodnicy z Afryki, którzy zdecydowanie lepiej radzą sobie z bieganiem w upałach. Szwajcar Tadesse Abraham to z urodzenia Erytrejczyk, biegający dla Włoch Yassine Rachik i Eyob Ghebrehiwet Faniel pochodzą odpowiednio z Maroka i Erytrei. Siódmy w stawce Maru Teferi reprezentował Izrael, ale urodził się w Etiopii, podobnie zresztą jak ósmy Lemawork Ketema startujący w barwach Austrii. Oczywiście to biegacze, którzy na listach światowych zajmują odległe pozycje, ale bez wątpienia warunki, jakie panowały podczas maratonu w Berlinie bardziej im sprzyjały niż urodzonym w Europie. Poza tym nie bez znaczenia jest to, jak wyglądały przygotowania biegaczy z innych krajów do startu w Berlinie. To jest ta kuchnia, której nie widać podczas biegu. Komfort treningów, obozy przygotowawcze, wsparcie doświadczonych w takich imprezach trenerów, całych sztabów, to wszystko miało istotny wpływ na wyniki. Włochów poprowadził bodajże 4-ktotny drużynowy medalista mistrzostw Europy Ruggero Pertile. Austriaków Gunther Weidlinger, który biegał ze mną m.in. w Barcelonie.

Jak Twoim zdaniem wygląda przyszłość biegów długich w Polsce?

Wbrew pozorom perspektywy nie rysują się w tak czarnych barwach, jak niektórzy je malują. Naszą słabością jest brak szkoły biegów maratońskich pod kątem imprez mistrzowskich, jednak są zawodnicy z dużym potencjałem. Do maratonu biegacze trafiają z bieżni, z przełajów, wydłużają dystans, w którym się specjalizują i to jest właściwa droga. Jednak wyraźnie brakuje długofalowego podejścia w planowaniu rozwoju biegaczy długodystansowych. Uważam, że pomimo braku medalu w Mistrzostwach Europy w Berlinie PZLA powinien kontynuować pracę z grupą maratończyków, którą zapoczątkował tuż przed mistrzostwami. Już za niecałe 2 lata będą Igrzyska Olimpijskie w Tokio, gdzie będzie jeszcze cieplej, za 4 lata kolejne Mistrzostwa Europy, gdzie będzie rozgrywany maraton. Oczywiście wiadomo, że z racji wieku do Japonii, czy na ME raczej nie polecimy w składzie z Berlina, ale przecież mamy w kraju kilka ciekawych biegaczy młodego pokolenia, którzy mogliby dołączyć do tej grupy. Warto wymienić tutaj takich zawodników jak Szymon Kulka, Tomasz Grycko, Adam Nowicki, czy Damian Kabat. Decyzja o tym, czy będą biegać maraton należy do nich i ich trenerów, ale PZLA powinno stworzyć takie warunki do treningu, aby zachęcić tych biegaczy do podjęcia maratońskiego wyzwania. To młodzi ludzie, którzy potrzebują spokoju i względnego komfortu przygotowań, aby ktoś ich umiejętnie pokierował, zapanował nad grupą, pokierował ich rozwojem, wydobył ich maksymalny potencjał.

Mariusz Giżyński
fot. Running Creatives/Aleksandra Szmigiel
Widzisz siebie w tej grupie?

Nowa drużyna mogłaby stanowić połączenie młodości i doświadczenia. Tak się składa, że razem z Henrykiem Szostem i Yaredem Shegumo jesteśmy najstarsi w tej ekipie. Nie jest jednak przesądzone, że ktoś z nas nie mógłby wytrzymać do kolejnej imprezy. To zależy od wielu czynników… Ale już np. Arkadiusz Gardzielewski podczas Igrzysk Olimpijskich w Tokio będzie miał 34 lata, czyli wciąż o 3 lata mniej niż ja teraz. Jeszcze młodszy od Arka jest Błażej Brzeziński. To biegacze, którzy śmiało mogą myśleć o kolejnym starcie na dużej imprezie. Wsparcie, które otrzymaliśmy z PZLA przed maratonem w Berlinie było krokiem w dobrym kierunku. Oni tu zdobyli doświadczenie. Byłoby dobrze, aby był to dopiero początek inwestowania w rozwój biegów długich w naszym kraju. Zwłaszcza, że Lekka Atletyka jest teraz w Polsce na topie, zwłaszcza biegi uliczne. Jest zainteresowanie kibiców, sponsorów, warto to wykorzystać! Warto dobrze przepracować czas, który został do Igrzysk Olimpijskich w Tokio, a tym bardziej te 4 lata, które zostały do kolejnych Mistrzostw Europy.

Od wielu lat organizujesz cykl zawodów lekkoatletycznych Warsaw Track Cup, w których amatorzy mogą poczuć się jak gwiazdy lekkiej atletyki. Rywalizacja odbywa się na bieżni na dystansach 3000 m, 1500 m, 800 m oraz w sztafecie 4×400 m. Czy sukces Polaków na bieżni Stadionu Olimpijskiego w Berlinie przełoży się na wzrost popularności organizowanej przez Ciebie imprezy?

Akurat nie miałem ostatnio okazji sprawdzić, jak idą zapisy (śmiech), ale od ostatnich 2-3 lat raczej nie mamy problemów z zapełnieniem 300 miejsc na listach startowych. Warsaw Track Cup organizujemy od wielu lat. Areną zawodów była już m.in. bieżnia Agrykoli, stadion Skry Warszawa, a najbliższa, trzecia tegoroczna edycja imprezy zostanie rozegrana już 5 września na stadionie AWF Warszawa. Organizacja WTC to spełnienie takiego mojego marzenia i misji, aby tworzyć wydarzenie, podczas którego amatorzy bawią się biegami na bieżni. Sam wiele lat temu ścigałem się na tartanie i zdobywałem medale Mistrzostw Polski. Wierzę, że ma to również sens czysto szkoleniowy, ponieważ wyrabia się niezbędny zapas prędkości, który przydaje się biegaczom amatorom – zwłaszcza im. Przygotowując wydarzenie, czasem sam dźwigam płotki i namioty, ale jednocześnie organizacja tych zawodów sprawia mi wiele satysfakcji. Kto wie, może faktycznie sukcesy Polaków na Mistrzostwach Europy w Berlinie podkręcą tempo zapisów na wrześniowy Warsaw Track Cup. Ja ze swojej strony mogę tylko te zawody gorąco wszystkim polecić.

Dziękuję za rozmowę.

Marcin Dulnik

Autorem zdjęcia w nagłówku jest Marek Biczyk, źródło: PZLA