48. TCS New York City Marathon oczami uczestników. “Człowiek na tej trasie czuje się trochę jak na rollercoasterze”

Po 48. TCS New York City Marathon opadł już kurz. Wiemy, kto wygrał bieg, z jakim czasem, ile osób dobiegło do mety maratonu, który wielu uznaje za kultowy. Dzisiaj przybliżymy trochę atmosferę tej imprezy za sprawą relacji kilku polskich biegaczy, którzy w niedzielę pokonali trasę prowadzącą przez pięć nowojorskich dzielnic: Staten Island, Brooklyn, Queens, Bronx i Manhattan i finiszowali na mecie w Central Parku.

Począwszy od 2006 roku New York City Marathon wspólnie z maratonami w Tokio, Londynie, Bostonie, Berlinie i Chicago tworzy cykl Abbott World Marathon Majors. To stanowi magnes dla biegaczy ubiegających się o tytuł Six Star Finisher, chociaż oczywiście nie jest to jedyny powód, dla którego dziesiątki tysięcy biegaczy na początku listopada ściągają na maraton do Nowego Jorku.

Punkt obowiązkowy, czyli Expo

Od czego zaczyna się przygoda z nowojorskim biegiem? Oczywiście od obowiązkowej wizyty na Expo, gdzie odbiera się pakiety startowe. Można tam również zakupić m.in. odzież z oficjalnej kolekcji TCS New York City Marathon. Ceny koszulek i innych ubrań do niskich nie należą, ale zainteresowanych zakupami nie brakuje.

– Strefa Expo zorganizowana jest podobnie jak w przypadku innych dużych maratonów. Mieści się w dużym kompleksie wystawowym na Manhattanie. To spory plus, bo ma dobrą lokalizację i naprawdę łatwo było się do niego dostać – zaczyna Wojciech Wojskowicz, który w niedzielę pokonał swój piąty maraton w cyklu Abbott World Marathon Majors. Do kompletu brakuje mu już tylko maratonu w Bostonie. – Jeśli ktoś chce na miejscu zaopatrzyć się w koszulki i inne ubrania, warto nie odkładać tego na ostatnią chwilę. Byłem na Expo w piątek wieczorem i ubrań w rozmiarze M było jak na lekarstwo. Za to ogrom rozmiarów L i XL – relacjonuje.

Docieramy na start

Dojazd na start nowojorskiego maratonu stanowi niemałe wyzwanie logistyczne. Organizatorzy oddają do dyspozycji biegaczy trzy opcje transportu. Można wybierać między autokarami z Manhattanu i New Jersey a promem na Staten Island z Manhattanu i później autobusami.  – Płynąłem promem i powiem szczerze, że jest to wąskie gardło, które nie działa najlepiej. Organizatorzy twierdzą, że podróż do miasteczka biegowego zajmuje około 90 minut, tymczasem w rzeczywistości zajęło mi to ponad dwie godziny – mówi Wojciech Wojskowicz. –  O ile z promem nie ma problemu, to pojawia się on przy logistycznym wyzwaniu, jakim jest załadowanie i przewiezienie tysięcy biegaczy autokarami. Stoi się w długich kolejkach do wejścia do pojazdu, który później dodatkowo stoi w wąskich i zakorkowanych uliczkach prowadzących w pobliże miasteczka. Niewiele zabrakło a spóźniłbym się na moją falę startu – wspomina.

Jak nam powiedział, start biegu miał niezwykłą oprawę. – Dwupoziomowy most Verrazano Narrows i widok z niego robi ogromne wrażenie. Tam czuje się, że właśnie zaczyna się największy bieg maratoński na świecie. Start podzielony jest na cztery fale startujące co 25 minut. Strefy startowe z kolei stworzone są na podstawie zadeklarowanych czasów i oznaczone trzema różnymi kolorami, bo na początku, po zbiegu z mostu w wąskie uliczki Brooklynu trasa wiedzie dla każdego koloru odrobinę inaczej. Uważam, że jest to dobre rozwiązanie, bo nie ma tłoku ma pierwszych kilometrach. Przed startem każdej fali odśpiewywany jest w absolutnej ciszy hymn amerykański, robi to również wrażenie i atmosferę. Rada dla biegaczy, po dotarciu do miasteczka biegowego należy szybko dostać się do stref startowych, bo są zamykane na 25 minut przed startem danej fali. Jak nie zdążysz, to wyruszysz 25 minut później. Nie muszę chyba mówić co to może oznaczać dla sportowego wyniku w maratonie – podkreśla Wojciech Wojskowicz.

Marcin Janiak, to biegacz z Poznania, który od ubiegłego roku realizuje projekt „Prawnik w Biegu” i pomaga poszkodowanym w wypadkach. Nowojorski maraton był jego drugim tegorocznym biegiem z cyklu World Marathon Majors. W lutym startował w Tokio. – Bardzo ciężko porównać obie imprezy. Dużo tutaj kontrastów. W Tokio czyste metro, porządek, krótki czas oczekiwania na strat, fajna oprawa, darmowe metro dla maratończyków, łatwiejsza trasa i mniej podbiegów. No i kibice z japońskimi rarytasami. A w Nowym Jorku dokładnie na odwrót. Brudne metro, bałagan, długi czas oczekiwania na start… musiałem tam być 4 godziny wcześniej! Ale atmosfera to wynagrodziła. Trasa niestety dużo bardziej wymagająca niż w stolicy Japonii, dużo podbiegów więc brak biegowego doświadczenia spowodował, że na drugiej połówce cierpiałem. Ale warto podkreślić genialne rozmieszczenie trasy. Miałem wrażenie ze dzielnice konkurują w dopingowaniu. Tokio i Nowy Jork to dwa różne maratony, myślę że różnice kulturowe mają tutaj istotny wpływ – mówi Marcin Janiak.

Zapinamy pasy i wsiadamy na rollercoaster

Opinię o wymagającej trasie nowojorskiego maratonu potwierdza Wojciech Wojskowicz. – Dla mnie był to najtrudniejszy z dotychczas przebiegniętych 6 maratonów. Prowadzi przez pięć dzielnic Nowego Jorku oraz pięć mostów, na które prowadzą dosyć długie i męczące podbiegi i zbiegi. Ogólnie człowiek tam czuje się trochę jak na rollercoasterze. Wrażenie, jakie pozostało mi w głowie, to że bardzo mało jest płaskich fragmentów, a ciągle biegnie się pod górkę lub z górki. Po 30 kilometrze jest jakieś 7 kilometrów prostej wzdłuż Central Parku, również pod górkę. Tutaj decyduje siła charakteru, wielu biegaczy odpada i przechodzi w chód – opisuje Wojciech Wojskowicz. – Doping na trasie bardzo duży, jest głośno, widać, że całe miasto żyje tym maratonem. Uważam, że pod tym kątem Nowy Jork ustępuje tylko Londynowi, a równa się z nim Chicago. Ale to oczywiście bardzo subiektywne odczucie – podkreśla Wojskowicz.

Marcin Janiak nie miał zastrzeżeń do zaopatrzenia bufetów na trasie maratonu. – Nie brakowało wody, izotoniku i bananów. Widziałem więcej toalet niż w Japonii i co istotne były tuż przy trasie, a nie 300 metrów od niej tak jak w Tokio – mówi śmiejąc się.

W Nowym Jorku pobiegł również Paweł Mej, który w środowisku biegowym szerzej znany jest jako Bosy Biegacz. Bez butów biega od 11 lat, niedzielny maraton był jego 95. maratonem w życiu. Biegnąc zawsze dzierży w ręku flagę Polski. Nie inaczej było w Nowym Jorku. – Atmosfera tego biegu była niezwykła, zwłaszcza ze względu na doping, który nie cichł nawet na chwilę. Na wsparcie liczyć mogli wszyscy biegacze, aż do ostatniego uczestnika. Wiem to dobrze, bo startowałem w ostatniej fali. Jedyny minus to zaopatrzenie stref odżywczych. Sporadycznie dostępna była czekolada i banany, na ogół kończyło się na wodzie oraz izotoniku – relacjonuje Paweł Mej. 

No to finiszujemy

– Jeśli chodzi o ostatnie kilkaset metrów maratonu to mam mieszane uczucia. Niby wszystko działo się w Central Parku, ale jakoś zabrakło mi pewnej doniosłości. Może górę wzięło ogromne zmęczenie, ale meta w Berlinie, Londynie, Tokio czy w Warszawie, kiedy jeszcze była na Stadionie Narodowym zrobiła na mnie większe wrażenie – mówi Wojciech Wojskowicz. – Poza tym po biegu oczywiście były łzy szczęścia z ukończenia, piękny medal, a na każdego biegacza na mecie czekał zestaw regeneracyjny z napojami i przekąskami oraz folia termiczna – wymienia.

No i jak było?

– Ogólnie satysfakcja z przebiegnięcia ogromna. Sam maraton zapamiętam chyba najbardziej z pięknych widoków, startu i bardziej niż mi się wydawało wymagającej trasy. I pomimo trudności z dostaniem się na start, organizację oceniam bardzo wysoko, biorąc pod uwagę fakt, że wystartowało 52 tysiące biegaczy. Ktoś kiedyś powiedział, że biegacz nie może czuć się spełniony bez przebiegnięcia maratonu w Nowym Jorku. Ja wprawdzie jeszcze nie czuję się spełniony, ale jeden z warunków koniecznych do tego wypełniłem – kończy Wojciech Wojskowicz, który niedzielny bieg zamknął w 4:01:42.

Marcin Janiak zwraca uwagę na to, że maraton w Nowym Jorku łączy ludzi. – Ma się wrażenie że tego dnia, nie jest istotne czy jesteś czarny czy biały, lubisz baseball czy koszykówkę. Tego dnia jesteś Nowojorczykiem i kibicujesz wspólnie tym, którzy biegną w Wielkim Jabłku – podkreśla “Prawnik w Biegu”. – W Japonii nie ma takiego luzu, a w USA obcy ludzie klepią cię po ramieniu i gratulują przebiegnięcia maratonu. Jeżeli chodzi o rozmach i oprawę zdecydowanie wygrywa Nowy Jork, jeżeli chodzi o poczucie bezpieczeństwa wygrywa Japonia. Mniej policji i co za tym idzie większy spokój. Niemniej jednak tu i tu z przyjemnością bym wrócił – dodaje biegacz, który w nowojorskim maratonie uzyskał czas 5:27:01.

Bosy Biegacz dotarł do mety po upływie 6 godzin, 27 minut i 59 sekund od wystrzału startera. – Zmieściłem się w limicie czasu, chociaż nie było łatwo, bo miejscami były dziurawe drogi lub beton. Kilkuset biegaczy udało się wyminąć. Na koniec czekała mnie niespodzianka. Ukończenia maratonu gratulował mi sam Peter Ciaccia, dyrektor tej wielkiej imprezy – podkreślił Paweł Mej, który zajął 51 513 miejsce na 52 704, którzy dotarli do mety.

md

fot. NYRR, archiwum własne