Głód błota, wiatr w żagle i podium Runmageddonu w Lublinie. Mój powrót na trasę Elite
Po pełnym miesiącu rozłąki z OCR-owymi zmaganiami głód rywalizacji dosłownie rozrywał mnie od środka. Nie mogłam się doczekać, kiedy znów stanę na linii startu. Tym razem okazja była idealna, bo po wakacyjnej przerwie cała przeszkodowa rodzina spotkała się w Lublinie na zawodach Runmageddon nad Zalewem Zemborzyckim. To lokalizacja, która z sukcesem zadebiutowała w kalendarzu rok temu i od razu skradła serca biegaczy.
W sobotni poranek stanęłam w strefie startowej serii Elite. Cel? Jasny i klarowny: przynieść opaskę do mety za wszelką cenę. Plan w teorii brzmiał jak spacer po parku, płaski teren zapowiadał szybkie tempo, a ujawnione przez organizatorów topowe przeszkody wydawały się proste technicznie. Jedynym nieprzewidywalnym graczem był wiatr. Tego dnia potężne podmuchy solidnie dawały się we znaki zarówno nam, jak i ekipie technicznej.
Początek w rytmie rzeki
Ruszamy! Tradycyjnie na dzień dobry dostajemy szybką pętlę z ciężkim workiem na plecach, a w tle migocze tafla zalewu. Chwilę później melduję się na Harfie, sprawnie przeskakuję ściankę i czołgam się pod zasiekami. Czas wrzucić wyższy bieg, bo trasa kieruje nas prosto w nurt rzeki Bystrzycy.
Woda momentalnie robi się zmącona. Dno pokrywają kamienie różnej wielkości, więc każdy krok to loteria, chwila nieuwagi i lecisz jak długa. W rzece czeka na nas lekko oklapnięty, uciekający spod nóg Posejdon. Szybki, dynamiczny skok i biegnę dalej. Po tym chłodnym, wodnym orzeźwieniu trasa prowadzi płaskim terenem wzdłuż rzeki, by po chwili zacząć meandrować na pobliskiej łące. Tutaj organizatorzy rozsiali kolejne konstrukcje: Poręcze, Lina, Komandos, Chomikator, Równoważnia i Helikopter. Dla mnie to dość monotonny, dłużący się fragment. Biegnę swoje, a kolejne przeszkody zaliczam z marszu, bez większych problemów.
Jumanji i uciekający dzwonek
Prawdziwa zabawa i chwila prawdy zaczęły się około 1,5 kilometra przed końcem. Już z poziomu Kierownic dostrzegłam pokaźny tłumek zawodników Elite, dosłownie „piknikujących” przed kombosem Jumanji + Wariat.

Moje serce na moment struchlało. Wszelkie kombinacje przeszkód to moja pięta achillesowa, rzadko mam okazję trenować takie sekwencje. Sędzia na stanowisku był nieubłagany: zero taryfy ulgowej, nie przewidywał dla Eliciarzy rezygnacji i konsekwentnie zawracał na początek konstrukcji po każdej nieudanej próbie.
Dałam sobie chwilę na chłodną analizę. Podpatrzyłam, jaką technikę wybierają inni, wybrałam optymalny dla siebie wariant i ruszyłam do walki. Mimo ogromnych obaw szło naprawdę płynnie. Niestety, na samej końcówce Wariata zmęczony chwyt nagle puścił. Runęłam w dół, nie dolatując do dzwonka. Wokół mnie rozległ się głośny, współczujący jęk innych zawodników, którzy doskonale znali ten ból.
Walka o honor i… opaskę
„Dajesz, dasz radę!” – usłyszałam ze strony sędziego i dziewczyn z trasy. Te słowa otuchy podziałały jak potężny zastrzyk adrenaliny. Pomyślałam: Skoro za pierwszym razem doszłam tak daleko, to znaczy, że potrafię to zrobić! Krótki odpoczynek, rozluźnienie przedramion i drugie podejście. Tym razem poszło jak z płatka. Czysty, pewny chwyt, upragniony dźwięk metalu i z głośnym okrzykiem radości pobiegłam dalej, życząc powodzenia reszcie walczących.

Zmęczenie powoli odcinało mi prąd, a w głowie miałam świadomość, że to nie koniec technicznego piekła. Przede mną wyrósł wymagający potwór: Low to High. Tam również kłębił się tłumek zmęczonych biegaczy.
Na szczęście na horyzoncie pojawił się mój partner. Skończył swój bieg wcześniej i przyszedł zdzierać gardło, żeby dodać mi skrzydeł. Zadziałało natychmiast! Postanowiłam rozegrać to czysto taktycznie: zero pośpiechu, maksymalne wykorzystanie momentów, w których na konstrukcji można dać rękom odpocząć. Wszystko po to, by na końcowym Multiringu utrzymać chwyt do samego końca. Strategia okazała się strzałem w dziesiątkę. Pewnie uderzam w dzwonek, a z mojej twarzy nie schodzi szeroki uśmiech. Teraz już naprawdę będzie z górki!
Sprint po niespodziankę
Niesiona czystą euforią po pokonaniu dwóch najtrudniejszych konstrukcji niemal leciałam do mety. Nawet pętla z ciężkim łańcuchem wydawała się lekka, pokonałam ją lekkim truchtem. Kołkoszkow i DNA? Zaliczone na pełnym spokoju i z totalną pewnością siebie. Na deser została już tylko słynna Ścianka końska. Szybki chwyt obrotowych rur, przejście i ostry sprint prosto w stronę upragnionej kreski.

Opaska dumnie doniesiona do linii mety. Pełen sukces, plan wykonany w stu procentach! Kiedy jeszcze łapałam oddech, przełykając łyk wody, spotkała mnie absolutnie fantastyczna niespodzianka. Telefon zawibrował, a na ekranie pojawił się SMS z wynikami: trzecie miejsce w kategorii Elite Masters!
Podium na powrót po przerwie? Lepszego zwieńczenia tego całego potu, wiatru i walki na kombosach nie mogłam sobie nawet wymarzyć!
Tekst i zdjęcia: Alicja Salska







