Enrosadira Trail w Alta Badia. Jesienne Dolomity i ladyński świat dla każdego

Strome podbiegi, wymagające zbiegi i widoki, dla których warto choć na chwilę zapomnieć o wyniku. Enrosadira Trail w Dolomitach to bieg, który potrafi zmęczyć i zachwycić jednocześnie. Ale największe niespodzianki czekają nie tylko na trasie. Dlaczego w tej części Włoch mieszkańcy mówią własnym językiem? Co łączy ladyńską kuchnię z polskim krupnikiem? I czy kameralny bieg w niewielkiej górskiej miejscowości ma szansę stać się nowym przebojem europejskiego trailu? Sprawdziłem to na własnych nogach.

W połowie października 2026 roku w La Val odbyła się pierwsza oficjalna edycja Enrosadira Trail. Miałem okazję uczestniczyć w tym wydarzeniu jako jedyny dziennikarz z Polski, reprezentując redakcję biegowe.pl w gronie przedstawicieli mediów z innych krajów Europy.

Jesienny start w La Val

Alta Badia wielu osobom w Polsce kojarzy się przede wszystkim z nartami. Gran Risa w La Villa to zawody Pucharu Świata, trasy łączące się z wielkim narciarskim światem Dolomiti Superski. Latem dochodzą rowery i Maratona dles Dolomites.

Enrosadira Trail trafia w inny moment kalendarza: po letnim szczycie sezonu górskich wędrówek, a przed zimowym narciarskim zgiełkiem. Październik pozwala zobaczyć miejscowości i góry w spokojniejszym rytmie, chociaż jesienna pogoda w tym czasie w oczywisty sposób rozdaje tutaj karty. Mimo słonecznej jesiennej pogody służby drogowe do przydrożnych słupków dostawiają dwumetrowe sztyce, co oznacza, że za kilka tygodni miejscowe drogi zamienią się w wąziutkie śnieżne wąwozy.

fot. Freddy Planinschek for Enrosadira Trail

Wybór La Val jako bazy zawodów w biegach górskich dobrze pasuje do charakteru imprezy. W obrębie tej gminy nie ma wyciągów narciarskich, a sama miejscowość zachowała rolnicze oblicze i urok tej części Dolomitów. Na zboczach stoją tradycyjne gospodarstwa i skupiska zabudowy, po ladyńsku zwane viles. Drewniane stodoły i zwierzęta na łąkach przypominają, że przyjeżdżamy do miejsca, w którym toczy się czyjeś codzienne życie.

Ma to swoje znaczenie również na trasie. Dla biegacza ścieżka pomiędzy polami i gospodarstwami jest często odcinkiem zawodów. Zachwyt nad przyrodą przenosi się na ludzi, którzy utrzymują krajobraz w takiej postaci.

Rok wcześniej organizatorzy przeprowadzili edycję zero i przetestowali trasę oraz logistykę z udziałem kilkudziesięciu biegaczy. Tym razem przygotowali trzy dystanse: 20, 40 i 55 kilometrów, każdy ze startem i metą w La Val oraz limitem 150 zgłoszeń na każdym z dystansów. Miejsca szybko się wyczerpały, a na starcie stanęło ponad 450 biegaczy z 24 państw. Jak na debiut było to konkretne przedsięwzięcie, a zarazem impreza wciąż na tyle kameralna, by zachować przyjazną, bezpośrednią atmosferę. Impreza zdecydowanie ma też potencjał dalszego rozwoju w przyszłości.

Dwadzieścia kilometrów z górskim charakterem

Nie wiedząc do końca, w co się pakuję, wybrałem najkrótszą trasę, którą pokonałem w około trzy godziny. 20K brzmi niewinnie, ale wystarczy dołożyć około 1250 metrów podejść, by skończyły się skojarzenia ze spokojnym płaskim rozbieganiem. Nawet ten wariant wymaga uczciwej oceny własnych sił oraz przygotowania do technicznego biegania w terenie.

fot. Freddy Planinschek for Enrosadira Trail

Rytm biegu na trasie dyktuje podłoże i zmienia się wraz z nim. Asfaltowe fragmenty w La Val po kilkuset metrach oddają miejsce drogom gruntowym, a dalej leśnym ścieżkom i górskim szlakom. Są miejsca, gdzie można złapać swobodny krok, ale na skalistych odcinkach wzrok musi wrócić pod nogi. Szerokość szlaku nie zawsze mówi prawdę o trudności, nachylenie potrafi szybko przypomnieć o sobie. Z kolei zbieg, który na profilu wygląda jak zasłużony odpoczynek, angażuje uda i koncentrację równie skutecznie jak podchodzenie.

Wersja 20K prowadzi w stronę łąk Rit, kościoła św. Barbary i tradycyjnej zabudowy wokół La Val. Pozwala doświadczyć charakterystycznego dla tej okolicy przeplatania się lasu, otwartych przestrzeni i widoków na dolomitowe masywy. Perspektywa i tempo zmieniają się bardzo często: przez chwilę patrzy się na kamienie, korzenie i plecy innego zawodnika, a za moment ścieżka wypuszcza się na otwartą przestrzeń, gdzie można rozluźnić krok i znów spojrzeć na przepiękne góry i doliny.

fot. Freddy Planinschek for Enrosadira Trail

Takie bieganie lubię za konieczność ciągłego podejmowania małych decyzji. Zbliża się stromy odcinek – jeszcze biec czy już przejść do marszu? Co podpowiada zegarek? Przyspieszyć na szerokim odcinku czy oszczędzać uda? A może jednak zwolnić, bo serce wchodzi na maksymalne obroty? Spojrzeć na góry teraz czy dopiero za zakrętem? W Alta Badia ten ostatni dylemat wraca wyjątkowo często.

Trzy dystanse i trzy pomysły na siebie

Nawet najkrótszy wariant oferuje sporą porcję gór w przystępnym biegowym formacie. Start o godz. 10:00 pozwala uniknąć bardzo wczesnej pobudki, a sześciogodzinny limit oznacza zamknięcie mety o godz. 16:00. Punkty odżywcze umieszczono w rejonie Ramëi/Ciamplorët i przy Ütia da Rit; nawet zawodnicy z końca stawki mogli liczyć nie tylko na wodę, napoje, herbatę i owoce, lecz także na szarlotkę oraz lokalne wypieki.

Dla sprawnego turysty górskiego zainteresowanego pierwszym startem biegowym jest to propozycja warta rozważenia, pod warunkiem przygotowania zarówno do przewyższeń, jak i technicznych zbiegów. Umiejętność przebiegnięcia półmaratonu po płaskim daje dobrą bazę, ale trening trzeba uzupełnić o podbiegi, marsz na stromych odcinkach i kontrolowany zbieg.

Bieg na 40 km startował o godz. 8:45 i miał limit 11 godzin, do godz. 19:45. Jego charakter tworzą okolice Gardenaccii, La Villa, La Crusc i łąk Rit. To konkretny, długi i wymagający górski wysiłek dla doświadczonych biegaczy, którzy potrafią rozłożyć siły na całym dystansie. Oferował około 2450 metrów przewyższeń. To mniej więcej tyle co dwukrotne wejście ze schroniska nad Morskim Okiem na Rysy. Trudna trasa oraz wielogodzinny wysiłek sprawiają, że ten wariant zajmuje praktycznie cały dzień.

fot. Freddy Planinschek for Enrosadira Trail

Na najdłuższą, 55-kilometrową pętlę zawodnicy ruszali o świcie, o godz. 7:30. Trasa przechodzi między innymi przez okolice Corvary i San Cassiano, Col Alto oraz La Crusc. Deklarowane 3400 metrów podejść od razu wyjaśnia, dlaczego jest to dystans dla biegaczy z solidnym przygotowaniem ultra i doświadczeniem w górach. Limit wynosił 13 godzin, do godz. 20:30, czyli już po zachodzie słońca, dlatego obowiązkowym wyposażeniem była latarka czołowa.

Skrótowe oznaczenia warto traktować jako nazwy kategorii, a nie dokładne długości tras. Profile tras wskazywały odpowiednio około 21,3 km, 43,7 km i 55,2 km. Oznaczenie 40K opisywało więc w rzeczywistości trasę o blisko 10 procent dłuższą niż sugerowała nazwa.

Na trasach 40K i 55K obowiązywały również limity cut-off. W wariancie średnim należało dotrzeć do Badia Runch (około 14,5 km) przed 11:30, do La Crusc (około 28,8 km) przed 16:30, a do Ütia da Rit (około 37,4 km) przed 18:30. Na ultra dochodziły Corvara (około 24,9 km) o 12:15 i San Cassiano (około 33,8 km) o 15:00; pozostałe bramki zamykano w Badia Runch o 11:30, w La Crusc o 16:30 i w Ütia da Rit o 18:30.

To szczegół ważny dla zawodników, którzy ruszają zachowawczo i potrafią przez wiele godzin utrzymywać spokojne, równe tempo. Średnia prędkość wystarczająca do zmieszczenia się w końcowym limicie trzynastu godzin nie musi wystarczyć do zaliczenia pierwszej połowy zawodów. Przed startem warto więc policzyć czas dotarcia do każdej bramki, uwzględniając profil, a nie tylko długość odcinka. Pozwala to dobrać dystans i zrozumieć, co naprawdę oznacza trójwariantowe zaproszenie skierowane do biegaczy o różnym poziomie zaawansowania.

Na czasach profesjonalnych górskich biegaczy dobrze widać sportowy i wyczynowy rozmach tras. Na 20K Luca Bertoldo uzyskał 1:48:10, a Katia Engl 2:12:12. Średni dystans wygrali Luca Clara w 3:55:46 i Andrea Valentina Barbana w 5:49:36. Dystans ultra najszybciej pokonali Stefano Rinaldi w 6:01:13 oraz Miriama Masarikova w 7:16:29. Dla szybkich zawodników jest tutaj przestrzeń do ścigania, chociaż większość stawki biegaczy przyjeżdża przede wszystkim po górską biegową przygodę i immersyjny kontakt z naturą.

Organizacja widziana z trasy

Z perspektywy trasy widać, że Enrosadira Trail przygotowali ludzie znający bieganie po górach z własnego doświadczenia. Dobrze zaopatrzone punkty odżywcze, pomiar czasu także w trudniej dostępnych miejscach oraz obecność wolontariuszy, służb i zabezpieczenia medycznego budują zaufanie i świadczą o profesjonalizmie organizatorów. Kiedy narasta zmęczenie, sprawna organizacja staje się czymś bardzo konkretnym: zawodnik wie, dokąd biegnie, gdzie uzyska pomoc i czego może się spodziewać dalej.

Podobała mi się także oprawa graficzna całej imprezy. Logo i cała identyfikacja zawodów tworzą rozpoznawalną całość. Jak na nową imprezę wygląda to niesamowicie dojrzale.

fot. Freddy Planinschek for Enrosadira Trail

Organizatorzy przyjęli hasło „przez zawodników dla zawodników”. Samo hasło łatwo wydrukować. Ciekawsze jest to, co się z nim zrobi: po edycji zerowej w 2025 roku organizatorzy zbierali uwagi i dopracowywali kształt imprezy we współpracy ze środowiskiem biegowym. Ograniczenie liczby miejsc do 150 na dystans pomaga zachować bezpośredni kontakt z ludźmi, bezpieczeństwo w dopiero rozwijanym sportowym formacie i rozsądną skalę ruchu na szlakach. To ważny wybór w regionie, który stawia na zrównoważoną turystykę.

Pakiet startowy był również przyjemnym elementem doświadczenia zawodnika. Ważniejsze okazało się to, jak organizacja działała przed startem, na trasie i po przekroczeniu mety: od sprawnej logistyki po dostęp do punktów odżywczych i informacji.

fot. Freddy Planinschek for Enrosadira Trail

Z rozmów z uczestnikami na mecie wyłaniał się wyraźny zestaw zalet imprezy: sceneria, różnorodność szlaków, kameralność, zaangażowanie organizatorów i punkty z jedzeniem. Jednocześnie niemal każdy czuł w nogach wymagający charakter zawodów. Mocno pofałdowany profil, obciążające zbiegi oraz konieczność rozsądnego zarządzania odżywianiem i energią każdemu dały się we znaki. Przy mocnym słońcu, mimo chłodnego powietrza, szczególnego znaczenia nabierało regularne nawadnianie. Łatwo było się przekonać, jak szybko narasta odwodnienie.

Mam wrażenie, że wystartowało tu coś z dużym potencjałem. Pytanie dotyczy oczywiście tego, jak impreza będzie się rozwijać. Organizatorzy już zapowiedzieli kolejną edycję.

fot. Freddy Planinschek for Enrosadira Trail

Ściany z dna dawnego morza

Dolomity działają na wyobraźnię wyjątkowym kontrastem. Na dole miękkie linie łąk i lasów, wyżej pionowe ściany, turnie i jasne urwiska. Człowiek podbiega po zielonym zboczu, a przed nim wyrasta skalna konstrukcja, która wygląda jak fragment zupełnie innego świata. W okolicach Alta Badia taką obecność mają między innymi skały Sas dla Crusc i Sasongher. Nie trzeba zdobywać ich wierzchołków, by poczuć skalę monumentalnych skalnych ścian.

Podziwiając piękne góry, oglądamy pozostałości dawnych mórz. Skały Dolomitów przechowują historię platform węglanowych, dawnych tropikalnych płycizn, basenów morskich i kolejnych przemian geologicznych. Późniejsze ruchy górotwórcze wyniosły te zapisy wysoko ponad dzisiejszy poziom morza, a erozja nadała im formy, które oglądamy ze szlaku. Na trasie walczymy o nasze minuty, a krajobraz obok manifestuje setki milionów lat.

fot. Alberto Romanotto i Andrea Zucchini for Enrosadira Trail

W 2009 roku dziewięć wydzielonych obszarów Dolomitów trafiło na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Doceniono zarówno piękno krajobrazu, jak i jego znaczenie dla rozumienia historii Ziemi.

Enrosadira, od której bieg wziął nazwę, dokłada do tego krajobrazu kolor. O świcie i pod wieczór jasne ściany przybierają odcienie różu, pomarańczu i czerwieni. To motyw pięknie wykorzystany w spójnej identyfikacji wizualnej całej imprezy. W miejscowym języku ladyńskim spotyka się określenie inrosadöra, związane z różowieniem. Niskie światło słoneczne zmienia wygląd jasnej skały i na chwilę przestawia całą paletę krajobrazu. Quando la roccia prende fuoco.

Nie jest to widowisko wpisane do pakietu startowego. Potrzebne są odpowiednie warunki. Pogoda może tu trochę pokrzyżować plany, ale w ciągu kilku dni pobytu na pewno da się uchwycić magiczny moment. Warto zostawić sobie przed biegiem albo po nim dodatkowy wieczór, zamiast zakładać, że natura dopasuje się do naszego harmonogramu. Ta niepewność jest częścią uroku samego zjawiska.

Tajemniczy język doliny, bun dé i giulan

Przyjeżdżając z Polski, łatwo wpaść w prosty schemat: Włochy na mapie, Austria w architekturze i jadłospisie. Tymczasem w Alta Badia jest jeszcze trzeci, miejscowy akcent. Ladynowie mają własny język, historię i świadomość wspólnoty. Włoskie i niemieckie nazwy na tablicach pomagają przyjezdnym, ale ladyńskie napisy mówią wyraźnie o charakterze i unikalności miejsca.

fot. Alberto Romanotto i Andrea Zucchini for Enrosadira Trail

Ladyński jest językiem romańskim wywodzącym się z łaciny ludowej, a nie mieszanką włoskiego i niemieckiego. Jego historia wiąże się z romanizacją Alp oraz późniejszymi przemianami osadniczymi i językowymi. Miejscowa przewodniczka opowiedziała nam także lokalną historię o ludności, która ponad tysiąc lat temu miała przenieść się z terenów dzisiejszej Niziny Padańskiej wysoko w góry, chroniąc swoją wspólnotę przed naporem plemion germańskich. Niezależnie od uproszczeń tej opowieści dobrze oddaje ona miejscowe przekonanie, że górska izolacja pomogła zachować odrębną tożsamość i unikalny język.

Językiem tym posługuje się zaledwie około 30 tysięcy ludzi (w wykazie UNESCO ma status języka zdecydowanie zagrożonego). Historyczna Ladynia rozciąga się przez Val Badia, Val Gardena, Val di Fassa, Livinallongo i Ampezzo, przecinając dzisiejsze granice trzech prowincji oraz dwóch regionów. Istnieją miejscowe gwary tego języka.

W sklepie, na ulicy, przy barze w restauracji lub w głosach mijanych grup przedszkolaków to nadal język codziennych rozmów. W miejscowym języku transmitowane są wiadomości Rai Ladinia i wychodzi tygodnik „La Usc di Ladins”.

fot. lokalna gazeta w języku ladyńskim

Bun dé to dzień dobry, giulan to dziękuję. Nie trzeba od razu budować zdań. Dwa słowa, a w kontakcie z miejscowymi zawsze na twarzy pojawi się uśmiech.

Ochrona języka nie odbywa się jednak sama. W ladyńskich szkołach model nauczania opiera się na równowadze włoskiego i niemieckiego – oba języki mają taką samą liczbę godzin – oraz na wyraźnej obecności ladyńskiego. To nie tylko element lokalnego folkloru, lecz praktyczny sposób przygotowania dzieci do życia w wielojęzycznym otoczeniu.

Autonomia regionu

Żeby zrozumieć miejscową odrębność, trzeba spojrzeć na administracyjną mapę regionu. Alta Badia leży we Włoszech, w autonomicznej prowincji Bolzano, czyli Południowym Tyrolu. Wraz z autonomiczną prowincją Trydent tworzy ona region Trydent-Górna Adyga. Ten układ administracyjny pomaga wyjaśnić, dlaczego kwestie języka, szkolnictwa i lokalnej tożsamości są tutaj tak widoczne.

Granica państwowa przesunęła się tutaj po pierwszej wojnie światowej. Traktat z 1919 roku przyznał Włochom południową część historycznego Tyrolu. Następne dekady przyniosły italianizację, nacisk na język i nazewnictwo oraz konflikty o tożsamość i prawa miejscowej ludności. To tło warto znać, przyglądając się wielojęzycznym tablicom turystycznego regionu.

Po drugiej wojnie światowej porozumienie pomiędzy Włochami a Austrią stworzyło podstawę ochrony ludności na tych terenach. I Austria wciąż ma status gwaranta autonomii tej prowincji. Rola Austrii ma więc znaczenie historyczne i międzynarodowe. Ale oczywiście władza lokalna działa w ramach włoskiego państwa i jego porządku konstytucyjnego.

fot. Freddy Planinschek for Enrosadira Trail

Codzienny sens autonomii to możliwość decydowania o wielu sprawach blisko mieszkańców: kulturze, krajobrazie, turystyce, rolnictwie czy transporcie, a także szeroka odpowiedzialność w dziedzinie szkolnictwa i ochrony zdrowia. Kompetencje mają różny zakres i działają w ramach włoskiego porządku prawnego. Za obowiązkami idzie finansowanie: prowincji przysługuje większość powiązanych z jej terytorium wpływów z podatków.

Z perspektywy gościa buduje to silne poczucie, że warto chronić język i prawa mniejszości oraz zachować unikalny charakter tego miejsca.

Ladyńskie pierogi, tyrolskie knedle i… krupnik

Mniej więcej w połowie każdej górskiej wycieczki budzi się w człowieku wyrafinowany koneser kulinarny. Na mecie po biegu stosunek do dziedzictwa kulinarnego staje się zwykle jeszcze bardziej praktyczny. Alta Badia świetnie odpowiada na obie potrzeby, a przy okazji pozwala spróbować kuchni wyrastającej zarówno z tradycji miejscowych gospodarstw, jak i z sąsiedztwa potężnej kuchni włoskiej oraz austriackiej.

Jej podstawę tworzyły produkty dostępne w górach i możliwe do przechowania: zboża, ziemniaki, nabiał, kapusta, suszone i wędzone mięso. Krótki sezon upraw oraz ciężka praca premiowały jedzenie sycące. Dzisiejszy przyjezdny widzi w nim regionalną atrakcję. Dawni gospodarze widzieli przede wszystkim obiad, który miał wystarczyć do kolejnej pracy.

W lokalnej, pełnej folkowego wdzięku restauracji Maso Alfarëi Hof podano nam zupę, która miała być wyznacznikiem wyłącznie lokalnych tradycji, a na talerzu wylądował poczciwy… krupnik. W lokalnych przepisach towarzyszą jej tutres: smażone, nadziewane placki lub pierożki, na przykład ze szpinakiem i twarogowym serem albo kiszoną kapustą. Ich chrupiąca powierzchnia i prosty farsz sporo mówią o tym, jak z niewielkiej liczby składników da się zrobić przyjemną przekąskę.

Są też cajincí te ega, gotowane pierożki ze szpinakiem, podawane z serem i roztopionym masłem, oraz cajincí arestis, smażone pierogi z ciasta ziemniaczanego, występujące z różnymi nadzieniami. Już same nazwy przypominają, że lokalna kuchnia ma własny słownik. Włoskie skojarzenie z ravioli może pomóc przy zamówieniu, lecz ladyńskie przepisy mają własne miejsce w rodzinnej tradycji.

Wokół tego lokalnego rdzenia rozciąga się szerszy świat tyrolsko-austriacki: knedle, speck, kapusta, strudel. Bales da cioce to miejscowa nazwa knedli ze speckiem, należących zarazem do większej regionalnej rodziny potraw. Po drugiej stronie stołu swobodnie mieszczą się makarony, risotto i oliwa. W ten sposób w Południowym Tyrolu alpejska treściwość spotyka się z repertuarem śródziemnomorskim.

Ale oczywiście to lokalny środek ciężkości czyni tę kuchnię ciekawą. Określenie „włosko-austriacka mieszanka” dobrze opisuje pierwsze wrażenie turysty, ale warto choć raz odejść od najłatwiej rozpoznawalnego dania i zamówić coś, czego nazwę trzeba najpierw przeczytać bardzo powoli. Przy stole przyda się kolejne ladyńskie wyrażenie: Bun pro!

Ile kosztuje kameralność?

W 2026 roku podane przez organizatorów wpisowe wynosiło 50 euro za 20K, 60 euro za 40K i 70 euro za 55K. W zestawieniu z zakresem i jakością oferty oraz skalą górskiej logistyki stawki wyglądają bardzo rozsądnie. Oczywiście do budżetu trzeba doliczyć dojazd, nocleg i jedzenie. Jedno z najbliższych Alta Badia lotnisk oferujących połączenia z Polski znajduje się w Wenecji, co samo w sobie może stać się przyczynkiem do rozbudowania planu wyjazdu.

Porównanie z wielkimi alpejskimi imprezami, choćby festiwalem biegów górskich UTMB wokół Mont Blanc, nasuwa się przede wszystkim przy skali. Jedni lubią ogromne miasteczko biegowe, liczną publiczność i poczucie udziału w widowisku. Mnie w Enrosadirze przekonuje możliwość doświadczenia gór w ciszy, w nieco mniejszym gronie. Nie ma sensu udawać, że są to identyczne produkty, które da się porównać wyłącznie ceną za kilometr. Enrosadira ma jednak potencjał, by z czasem stać się rozpoznawalnym punktem europejskiego kalendarza biegów górskich, jeśli zachowa własny niezwykle urokliwy charakter.

fot. Freddy Planinschek for Enrosadira Trail

Wyniki Enrosadiry są uwzględniane w UTMB Index. Jest to parametr służący do sportowego porównania wyników w różnych biegach górskich. Indeks pomaga odnieść własny poziom do wyników z innych zawodów. Sam status UTMB Index Race nie oznacza jednak przynależności do UTMB World Series.

Rejestracja na zawody w tym roku wystartowała na początku maja i szybko wyprzedały się miejsca na krótszym dystansie; troszkę dłużej domykały się zapisy na dłuższe dystanse. Trzeba pamiętać o wymaganym zaświadczeniu medycznym. W regulaminie na 2026 rok także od zawodników mieszkających poza Włochami wymagano dokumentu potwierdzającego zdrowie do uprawiania biegania lub trail runningu, zgodnego z włoskimi wymaganiami (na stronie jest dostępny gotowy do pobrania wzór), wypełnionego, podpisanego i podbitego pieczątką lekarza.

Na stronie biegowe.pl będziemy przypominać odpowiednio wcześniej o zapisach na kolejne edycje. Jeśli chcecie poczytać więcej o samej imprezie, zajrzyjcie na stronę wydarzenia oraz regionu.

Dolina zasługuje na jeszcze jeden dzień

Wyjazd wyłącznie na sam bieg jest możliwy, ale ma w sobie potencjał ogromnej straty. Przy tak nadzwyczajnej aurze aż szkoda sprowadzić Alta Badia do sekwencji: przyjazd, odbiór pakietu, bieg i powrót. Dodatkowe dni pozwalają wrócić spacerem w miejsce, przez które wcześniej przebiegło się z zadyszką, odwiedzić muzeum kultury ladyńskiej albo po prostu usiąść z widokiem na góry. Zmienia się wtedy sposób patrzenia. Dłuższa obecność ma znaczenie również dla lokalnej społeczności. Nocleg, posiłek u gospodarzy czy zakupy na miejscu zostawiają w dolinie więcej niż szybki przystanek na instagramowe zdjęcie w wykonaniu azjatyckich turystów.

fot. autor na trasie zawodów. Dalej było już tylko z górki

Enrosadira Trail ma szansę dobrze wpisać się w taki model. Jesienny termin rozszerza sezon, ograniczona stawka biegaczy pomaga utrzymać swojską skalę, a związanie zawodów z La Val daje imprezie konkretny, nieco egzotyczny klimat biegu bliskiego górom i naturze. O jego jakości będą decydować kolejne edycje, choć już mam bardzo mocne wrażenie, że rodzi się coś bardzo dużego i ważnego dla społeczności biegów terenowych.

Ze swojego przyjazdu i startu wyniosłem przekonanie, że warto tu przyjechać z odrobiną sportowego zacięcia, ale też zostawić sobie przestrzeń na oddech, odpoczynek od zgiełku i chwilę bez planu. Kiedy po biegu oddech wraca do normy, w głowie zostają nowe nazwy i pojęcia, talerz miejscowego jedzenia oraz pytanie, jak ta monumentalna wapienna ściana wygląda w wieczornym świetle enrosadiry. Właśnie taki niedosyt najskuteczniej zachęca do powrotu za rok.

Autor: Wiesław Bar

fot. w nagłówku Freddy Planinschek for Enrosadira Trail



Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najnowsze
Najstarsze Najwięcej głosów
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x