Twierdza Modlin wystawiła mnie na próbę. Runmageddon inny niż wszystkie

W mglisty, sobotni poranek 10 października ruszam do Twierdzy Modlin na ostatni sprawdzian formy przed finałem w Bałtowie. Zimne, wilgotne powietrze uderza w twarz zaraz po wyjściu z auta. Po zostawieniu rzeczy w depozycie robię solidną rozgrzewkę, aby nie trząść się z zimna. Słońce zaszczyca zawodników swoimi promieniami tylko raz tego poranka, w momencie startu pierwszej męskiej fali Elite, przepięknie oświetlając Wieżę Ciśnień stojącą na placu.

Ruszam! Adrenalina wystrzeliwuje, serce wali jak oszalałe, a worek od pierwszych sekund przypomina, że tutaj nikt nie będzie nas rozpieszczał. Moja głowa od razu przechodzi w tryb zadaniowy. Każdy ruch musi być przemyślany, a każda konstrukcja pokonana najlepiej, jak potrafię. W serii Elite nie ma miejsca na przypadek. Skupiam się na biegu i kolejnych przeszkodach. Ścianka, drabinka, lina. Ręce idą w ruch, chwyt musi trzymać, a ciało ciężko pracuje. Nie ma czasu na zastanawianie się, co będzie dalej. Liczy się tu i teraz!

Jak zdobyć Twierdzę Modlin?

Twierdza Modlin już od pierwszych chwil pokazuje swój surowy charakter. Wbiegam do budynku koszar i nagle świat znika. Mrok odbiera orientację. Oczy próbują wyłapać szczegóły, nogi szukają kolejnych stopni, a ręka sunie po chropowatej ścianie. Nikłe światełka ustawione w kątach służą jedynie za punkty orientacyjne wyznaczające kierunek trasy. Powoli i po omacku docieram do lepiej oświetlonych korytarzy, gdzie mogę wreszcie ponownie zacząć biec i przy okazji rozejrzeć się trochę po tych historycznych, zrujnowanych wnętrzach.

Wybiegam z budynku i widzę Killer Plank. No pięknie! Po Ełku jestem z tą przeszkodą na bakier, ale tym razem idzie gładko. Trasa biegnie przez chwilę malowniczym korytarzem wśród drzew wybarwionych na wszystkie kolory jesieni. Sielanka nie trwa jednak długo, bo zaraz muszę zejść bardzo stromymi, zdezelowanymi schodami w dół skarpy i ponownie zanurzyć się w tonącym w ciemności korytarzu. Na szczęście tym razem jest krótszy, choć i tak potykam się kilka razy o niewidoczne przeszkody.

Wypadam na otwartą przestrzeń. Po chwili biegu wzdłuż drogi na horyzoncie pojawia się ścianka skośna. Podbiegam i dynamicznie się na nią wdrapuję, by zaraz potem niemal paść na kolana. Pod lekką górkę ustawiono zasieki. Na szczęście wiszą dość wysoko, więc można iść na czworaka. Niby łatwiej, ale i tak każdy ruch kosztuje mnóstwo energii. Elegancja? Zapomnij! Tutaj liczy się wyłącznie skuteczność.

Znowu bieg wzdłuż budynków koszar, które wydają się ciągnąć w nieskończoność. Łapię rytm i próbuję uspokoić oddech. Wtedy trasa ponownie kieruje mnie do wnętrza. Znowu mrok i kompletnie niewidoczna trasa. Serio, absolutnie nic nie widać! Wchodzisz tam i musisz zaufać instynktowi. Krok po kroku, bez paniki, z maksymalnym skupieniem. Skręty, przejścia, kolejne pomieszczenia. Człowiek ma wrażenie, że twierdza zaraz wciągnie go do swojego labiryntu i już nie wypuści.

Na wyższych kondygnacjach światło przenika w końcu przez zakurzone okna, dzięki czemu kątem oka można dostrzec ciekawostki w postaci mozaiki na ścianie czy jakiegoś graffiti. Modlin nie przypomina typowego biegu OCR. Tutaj sam teren staje się częścią wyzwania i niemym świadkiem historii.

Rege jak marzenie

Po wyjściu z budynku oczy przez chwilę przyzwyczajają się do światła dnia. Mijam nieco rozpadającą się i zarośniętą fasadę scenograficzną, pochodzącą zapewne z któregoś z kręconych tu filmów. Przede mną wyrasta kolejna przeszkoda i następne zadanie dla zmęczonych już rąk: poręcze, a wokół nich kilkanaście starych, zdezelowanych aut z minionej epoki. Przechodzę je szybko, nie kombinuję i lecę dalej.

Jest punkt rege! Woda, energia, szybkie ogarnięcie sytuacji. To nie wakacje w spa, chociaż w tej chwili oddałabym wiele za pięć minut świętego spokoju. Nie można jednak zbyt długo celebrować tej chwili, bo czas ucieka, a czeka mnie długa pętla z łańcuchem po budynku.

Wrzucam obciążenie na ramiona i zaczyna się konkretna przeprawa. Łańcuch ciąży, schody nie mają końca, a nogi zaczynają zadawać niewygodne pytania. Odpowiedź jest jedna: jeszcze krok. I następny. I kolejny. Po uwolnieniu się od ciężaru żelastwa kolejną przeszkodą okazuje się Chomik. Kręcę, pracuję, walczę! Niby prosta nazwa, ale zmęczenie robi swoje. Trzeba zebrać się w sobie i nie pozwolić, żeby tempo spadło.

Las przeszkód

Wbiegam w strefę techniczną przy miasteczku kibica. Kołkosznikow ostro testuje siłę moich ramion, a zakręcone DNA zmusza do gimnastyki i pracy całym ciałem. Następnie czeka mnie nowość , Małpi Gaj, czyli konstrukcja, której jeszcze nie miałam okazji pokonywać. Tu liczą się mocny chwyt, koordynacja i precyzja. Ręce już swoje przeszły, ale jeszcze nie powiedziały ostatniego słowa!

Po tych ewolucjach trasa znów prowadzi do wnętrz Twierdzy. Ciemność, schody, długi tunel i gdzieś daleko majaczące światełko. Wygląda jak scena z filmu grozy. Wow! To jest klimat! Wybiegam z tunelu prosto na ścieżkę z panoramą ruin Spichlerza Zbożowego, stojącego u zbiegu Narwi i Wisły. Przez krótką chwilę można zachwycić się tym widokiem. Niesamowita przestrzeń. Pięknie! Nie ma jednak czasu na rozmarzenie, bo za chwilę znów będzie się działo.

Kolejna przeszkoda to Ringi. Łapy pracują, chwyt trzyma, ciało buja się w rytmie kolejnych przełożeń. Znowu biegnę, by po chwili czołgać się pod starymi pojazdami wojskowymi. Czuję zapach smaru i starej stali. Człowiek wtapia się w teren, przeciska pod stalowymi kolosami i myśli tylko o tym, żeby wydostać się na drugą stronę. Byle do przodu!

Czas na Bierki. Kolejne zadanie i kolejne skupienie. Na trasie nie wystarczy być silną. Trzeba jeszcze myśleć, kontrolować ruchy i nie pozwolić, by zmęczenie przejęło stery. Ponownie biegnę przez budynki, klucząc po korytarzach i schodach. Trasa prowadzi aż na strychy skąpo oświetlone świecami. Klimat jak z filmu, w którym lepiej nie pytać, co znajduje się za następnymi drzwiami. Mam ciarki! Półmrok, stare pomieszczenia, światło świec i atmosfera, której nie da się podrobić. Twierdza Modlin ma w sobie coś magnetycznego i niepokojącego zarazem. Tu nawet zwykłe przejście przez budynek staje się przygodą!

Wybiegam na dziedziniec koszar. To już końcówka trasy i prawdziwy festiwal przeszkód. Trzeba biec, utrzymać kontrolę i nie tracić koncentracji. Szybko przechodzę Ściankę Końską i staję przed combo High-to-Low-to-High. Zmiana poziomów, praca całym ciałem i solidna dawka wysiłku dla ramion. Zaliczone! Każda przeszkoda to mała bitwa. A ja nie przyjechałam tu odpuszczać!

Kolej na Pole Dance. Nazwa może sugerować zupełnie inną imprezę, ale tutaj z głośników przy mecie ryczy ciężka, rockowa muza. Nogi i ręce trzymają pewnie, więc przechodzę bez problemu. Komandos to skupienie, technika, moc. Robię swoje! Kierownice, tutaj obrót, chwyt, kontrola. Ręce są już mocno zmęczone, ale chwyt nadal trzyma. Nazwy brzmią niewinnie, ale każda z tych przeszkód to kolejne wyzwanie dla wycieńczonego ciała i głowy, która musi pozostać skupiona.

Gdy myślę, że najgorsze za mną, wracamy do korzeni Runmageddonu. Ponownie pojawiają się zasieki, tym razem już niskie, zmuszające do czołgania. Znowu ziemia, znowu ciasno, trzeba się przecisnąć. Kolana, łokcie, błoto – pełen pakiet! Kto przyszedł tu po czyste ubranie, ewidentnie pomylił imprezy.

Czas na Trawers. Tu nie ma miejsca na błąd. Każdy ruch musi być przemyślany, a chwyt stuprocentowo pewny. Skupienie na maksa i przechodzę! Chwilę później czeka Kontener z Zimną Wodą. No pięknie! Kolejna porcja atrakcji, której nie da się nazwać relaksem. Ale przecież właśnie po to tu jestem! Przede mną Oponeo, kolejna próba siły i determinacji. Nie rozkminiam, tylko działam. Na tym etapie nie ma już mowy o świeżości ze startu. Jest pot, zmęczenie i czysta konsekwencja. Pojawia się też ta szczególna satysfakcja, kiedy mimo wszystko robisz kolejny krok i nie odpuszczasz.

Przechodzę sprawnie belki połączone łańcuchem i staję oko w oko z Big-Skośną, dzisiaj mokrą i śliską. Oho! Tutaj robi się naprawdę ciekawie! Śliska powierzchnia pod nogami sprawia, że muszę mocno zapracować rękami, aby wciągnąć się po linie. Napinam wszystkie mięśnie, walczę o każdy centymetr i… JEST! Takie momenty smakują najlepiej!

Mostek Tybetański wymaga ode mnie równowagi, spokoju i precyzji. Po całym tym szaleństwie muszę opanować drżące ciało i przejść pewnie. Nie patrzę za bardzo w dół, nie kombinuję, po prostu idę.

Resztką sił pokonuję Helikopter. Kolejne zadanie, kolejny zryw. Zmęczenie jest już potężne, ale adrenalina wciąż trzyma mnie w pionie. Ostatnie metry to już tylko Błotny Mario i kilka kroków w gęstym błocie, z którego mozolnie się wygrzebuję prosto na upragnioną linię mety, z dumą donosząc na głowie żółtą opaskę!

Ambicja i charakter

Zmęczenie, emocje, satysfakcja i ta cudowna świadomość, że zrobiłam to! Twierdza Modlin przeorała ciało, przetestowała głowę i zafundowała trasę, która na długo zostanie w pamięci. Na starcie liczy się ambicja, a na trasie charakter. Na mecie zostaje satysfakcja, że przeszłam przez to wszystko i ani na chwilę nie przestałam walczyć.

To nie był tylko Rekrut. Klimat Twierdzy Modlin zrobił swoje, szczególnie tam, gdzie ciemność ograniczała widoczność niemal do zera. To była przeprawa przez mrok, historię, budynki, schody, błoto i własne słabości. Każda przeszkoda wymagała czegoś innego. Raz siły, raz techniki, raz odwagi, a czasem po prostu uporu, żeby nie zatrzymać się ani na sekundę dłużej, niż trzeba.

Seria Elite nie wybacza braku koncentracji. Twierdza nie ułatwia zadania. A meta? Meta smakuje najlepiej wtedy, kiedy wiesz, ile kosztowało cię dotarcie do niej. Brudna? Oczywiście. Zmęczona? Jak diabli. Zadowolona? ABSOLUTNIE! Zostawiłam tu pot, siłę i kawałek siebie. Ale to ja wyszłam z tej walki z uśmiechem na twarzy!

Autor: Alicja Salska



Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 Komentarze
Najnowsze
Najstarsze Najwięcej głosów
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x