Runmageddon w Rolantowicach. Błoto, piach i walka z własnymi słabościami
Końcówka września 2026 roku podarowała nam niesamowitą, bezchmurną pogodę. Mimo rześkiego poranka słońce mocno grzeje, a błękitne niebo mogłoby zwiastować przyjemny spacer. Jednak suchy wiatr unoszący tumany pyłu szybko przypomina, że na Dolnym Śląsku nie ma miejsca na miękką grę.
Ruszam z moją falą! Początkowe metry to szybki sprint, tym razem bez obciążenia, prosto do ścianki, na której następuje pierwsza selekcja. Kawałek dalej wbiegam pod niewielką górkę i… jak to się mówi: „Co się odwlecze, to nie uciecze”. Czeka na nas pętla z obciążeniem i widokiem na okolicę. Otaczający krajobraz wygląda jak z pogranicza pustyni i filmu postapokaliptycznego. Piach, gruz, dziwne konstrukcje, ruiny i stare radary wojskowe tworzą niesamowitą scenerię.
Od samego początku atmosfera na trasie jest naelektryzowana. Co chwilę słychać okrzyki motywujące zawodników, choć ryk tłumu w miasteczku biegowym i głośna muzyka powoli cichną w miarę oddalania się od startu. To moment pełnego skupienia i walki z samym sobą. Zawodnicy z pełną determinacją pokonują kolejne przeszkody: Wąskie Poręcze i Weryfikator Marzeń. Niektóre z nich są wręcz nie do przejścia w pojedynkę.

Ledwo łapię oddech, wdrapując się na kolejny stromy i śliski brzeg wykopu. Tu pomocna dłoń innego biegacza okazuje się bezcenna. Współpraca to zresztą motyw przewodni tego weekendu. Sama wyciągam rękę do kilku osób, bo bez wzajemnego wsparcia na tych kopalnianych osuwiskach można po prostu utknąć.
Worek na ramieniu, błoto pod nogami
Zaczynają się schody, dosłownie i w przenośni. Trasa prowadzi nas w dół, prosto w głębokie wyrobisko. Tam czeka kolejna pętla z workiem, naszpikowana dodatkowymi utrudnieniami. Na dzień dobry czołganie się pod zasiekami w gliniastej mazi. Technik przepychania lub przeciągania worka jest wiele, ale każda męczy tak samo.
Biegniemy dalej w błocie, wspinając się i schodząc po krawędzi wyrobiska. Dodatkowy ciężar robi swoje i powoli odcina mi nogi. Chwilę później trafiamy na błotną kałużę, gdzie glina oblepia buty tak mocno, że każdy krok waży chyba z pięć kilogramów. Z takimi „zabetonowanymi” butami i workiem na ramieniu muszę pokonać Równoważnię.

To jedna z najtrudniejszych przeszkód tego biegu. Zaskoczyła i zatrzymała wielu zawodników z serii Elite. Małymi kroczkami, centymetr po centymetrze, udaje mi się ją jednak zaliczyć. Wreszcie zrzucam worek i wybiegam z tego piekielnego wyrobiska… tylko po to, by wpaść w kolejne! Ubłocony Kołkosznikow ślizga się w dłoniach, a nogi z trudem znajdują oparcie. Kolejny podbieg, zbieg po krawędzi i wyrasta przede mną uwalany błotem Pole Dance. Na szczęście technika mnie nie zawodzi i pewnie dostaję się na szczyt.
Następna w kolejce jest druga Równoważnia, tym razem w formie rury, również całej w błocie. Pokonuję ją spokojnie, utrzymując równowagę, i biegnę dalej, by po chwili stanąć oko w oko z Torozem.
Toroz odczarowany! Pierwszy wielki sukces na trasie
Podchodzę do tej konstrukcji z wielką obawą. Dotąd nigdy nie pokonałam jej w całości. Plan jest prosty: jak najdłużej trzymać linę nogami, żeby maksymalnie odciążyć ręce. Przechodzę tak prawie wszystkie talerzyki, potem pewny chwyt i dochodzę do newralgicznego momentu – przejścia na kulki.

„Dajesz!” – krzyczę do siebie w duchu. Sięgam do drugiej kulki, błyskawicznie przerzucam rękę na pierwszą, utrzymuję chwyt i już spokojnie przesuwam się do upragnionego dzwonka. Dynamiczne uderzenie i jest! Przeszkoda pokonana i odczarowana! Satysfakcja jest niesamowita!
Napędzana czystą endorfiną i pozytywną energią ruszam dalej. Szybki łyk wody, wafel w punkcie regeneracyjnym i wbiegam na teren miasteczka. Za mną dopiero połowa dystansu, a tutaj następuje istne zagęszczenie konstrukcji. Moje ręce dostaną teraz mocno w kość.
Na pierwszy ogień idzie wymagający Multirig: liny, opona pośrodku oraz iksy i ringi na samym końcu. Znowu pojawia się ta sama myśl: Czy dam radę? Iksy to moja odwieczna pięta achillesowa. Ale nie tym razem! Chwyt trzyma jak beton, dopisuję do swojego konta kolejny prywatny sukces!

Następne przeszkody, czyli Lina i Wieża Hanoi wchodzą płynnie, niemal z biegu. Na moment zatrzymuje mnie ciekawie zestawiony Low Rig z Gibbonami. Chwila analizy, szybkie rozpracowanie techniki i przechodzę go bez problemu. Trzeba przyznać, że ekipa Runmageddonu lubi ostatnio kombinować, dzięki czemu przeszkody nie są nudne ani monotonne.
Na Kierownicach, Komandosie i Chomiku czuję już jednak potworne zmęczenie przedramion. Na szczęście trasa znów wyprowadza nas z miasteczka. Po pętli z łańcuchem, która prowadzi przez wodę i gliniaste pagórki, wybiegam na długą prostą pośród pól kukurydzy.
Mordercze combo i przeszkody nie do przejścia
Sielanka nie trwa długo. Seria zbiegów i podbiegów po piaszczystych ścianach sprowadza mnie do kolejnego wyrobiska. Tam czeka mordercze combo: Rope Line + Hocki-Klocki, a zaraz za nim Zemsta Pszczelarza. To wyższa szkoła jazdy i techniczne przeszkody, których wcześniej nie trenowałam. Po kilku próbach na pierwszej z nich muszę odpuścić. Na Pszczelarzu chwyt na trzecim elemencie niestety puszcza. Dłonie pieką i protestują… No cóż, tym razem konstrukcja wygrała. Wrócę tu silniejsza!

Prawdziwym sprawdzianem charakteru okazuje się jednak przeszkoda o wdzięcznej nazwie Vietkong. To głęboki wykop zalany mulistą wodą, nad którym rozciągnięto niską kratownicę. Nie ma zmiłuj. Kładę się na plecach i centymetr po centymetrze przesuwam pod konstrukcją w głąb lodowatej mazi.
Woda na szczęście nie jest głęboka, dzięki czemu udaje mi się uchronić głowę i barki przed pełnym zanurzeniem. Mimo to, gdy wygrzebuję się z rowu, jestem całkowicie przemoczona, a zimno przenika mnie do szpiku kości. Słońce, które jeszcze przed chwilą przyjemnie grzało, teraz ledwo radzi sobie z moim wychłodzonym ciałem. Muszę wrzucić wyższy bieg i biec jak najszybciej, żeby się ogrzać.
Ostatnie przeszkody, ostatnie siły. Meta coraz bliżej
Końcówka to czyste szaleństwo. Najpierw Błotny Mario – nazwany na tym evencie Błotnym Marcelem na cześć zawodnika świętującego swój 250. start w Runmageddonie (wielki szacun, błoto naprawdę wciąga!). Potem ekspresowo pokonuję Trawers – super, że wrócił na trasę! Wbieg na Big Skośną trochę ułatwia lina, dzięki której wdrapuję się na szczyt.
Ostatnie metry to już czysta walka z żywiołem: skrzynia z wodą, Porodówka (tutaj pomoc innych w przeciskaniu się pod oponami jest po prostu bezcenna), Helikopter i… wpadam na metę!

Odbieram upragniony medal. Całe ciało drży z chłodu i wycieńczenia, a zęby zgrzytają od piasku. Mimo to, patrząc na setki tak samo umorusanych i uśmiechniętych wariatów wokół, czuję czystą, niczym niezmąconą satysfakcję.
Kopalnia Rolantowice kolejny raz udowodniła, że potrafi zapewnić jedną z najbardziej błotnistych i wymagających przygód sezonu. Wraca się z niej poturbowanym, ale absolutnie dumnym!


